Open’Er Festival - Festiwale

Open'erowy alfabet - relacja z HOF 2011

2011-07-05 15:20:40

Chronologiczne relacje dzień po dniu, koncert po koncercie pewnie mocno wam się już przejadły, więc zapraszamy na nasze nietypowe podsumowanie tegorocznego Heineken Open'er Festival. Wszystko, co ważnego działo się w Gdyni tylko w naszym Open'erowym alfabecie!

A jak Andy Allo - najbardziej urodziwy filar koncertowego orszaku Księcia. Pochodząca z Kamerunu piękność świetnie akompaniowała Prince'owi na gitarze i zagrzewała widownię do wspólnych oklasków. Tym samym licznie zgromadzeni na występie mężczyźni mieli zawiesić na czym oko, gdyby przypadkiem się znudzili lub chcieli odpocząć (choć nie wiem, czy była na to nawet sekunda). No ale Prince zawsze miał świetny gust do kobiet w swoim zespole.

B jak Brodka - ubrana w serpentyny trochę przypominała Bjork i bardzo starała się na koncercie, podczas którego przypadło chyba apogeum syfu pogodowego. Deszcz pozwolił na 40 minut występu, po których ekipie Brodki zalało instrumenty i trzeba było się zwijać. Trochę pech, ale przynajmniej dzięki temu całość, choć niewątpliwie przedwcześnie zakończona, zapadła nam w pamięć.

C jak Claypool Les - ace of bass, niekwestionowany arcymistrz gitary basowej wprawił w zadumę i zachwyt każdego, kto przyszedł na koncert Primusa. Ubrany w melonik, XIX-wieczne wdzianko i operujący dziwacznym akcentem muzyk całkowicie nas kupił nie tylko swoim mistrzostwem, ale i mocno niekonwencjonalnym podejściem do konferansjerki. Jeden ze zdecydowanie najfajniejszych występów na Heinekenie, głównie dlatego, że nie przyszedł na niego nikt nieuświadomiony. Dla bananowej młodzieży zetknięcie z funk metalem Primusa musiało być szokiem. Słyszane później "ta gitara była za głośna, a tego gościa w ogóle nie było słychać" kwitowaliśmy tylko chytrym "hehe" pod wąsem.

C jak Cocker Jarvis - postać nr 2 festiwalu. Lider reaktywowanego Pulp znakomicie sprawdził się jako headliner drugiego dnia Open'era. Nie wiemy, czy niektórzy z was wiedzą, ale ten pan tworzył w latach 90. chyba najlepsze teksty w potężnej przecież muzycznie Wielkiej Brytanii. Jak się okazało, pisanie nietuzinkowych lyrics idzie mu tak samo dobrze jak robienie świetnego, skąpanego w deszczu show.  "Gdansk, do you want to gdance?" Of course, mr. Cocker. With you, always.

D jak dziennikarze - przechadzali się tu i ówdzie. Większość z nich nie ruszyła nosa z namiotu medialnego w czasie największych deszczów, ale to później spod ich palców wychodziły najbardziej imponujące teksty. Weźcie pod poprawkę następnym razem to, że goście, których relacje z koncertów czytacie, piszą je w trakcie tychże występów, w międzyczasie siedząc na Facebooku i popijając browara.

E jak ecstasy - trzeba było przyjąć co najmniej dwa tabsy, żeby dobrze się bawić na koncercie M.I.A. Wokalistka zaprezentowała publiczności całkowicie nieczytelny występ z wizualizacjami, które zabierały uwagę od tego, co się dzieje na scenie. Intrygujące było krisznowe intro, niezłe były pomysły z zaproszeniem fotografów i widzów na scenę, ale przede wszystkim warto byłoby zadbać, żeby z głośników leciała muzyka, a nie tylko trudne do zidentyfikowania beaty i wrzaski. Występ, który przez pierwsze kilkanaście minut zaciekawiał, później już tylko irytował swoją anarchią.

F jak fashion - nieodłączny element każdego Open'era obecny nie tylko w specjalnie wydzielonej sferze, gdzie fatałaszki "czołowych młodych projektantów" chodzą po przegiętych cenach, ale i na każdej przestrzeni festiwalu akurat zapełnionym istnieniem ludzkim (zwłaszcza płci kobiecej). Obowiązkowe miejsce dla redaktorek pism o modzie kobiecej i tu akurat nie protestuję, bo rzeczywiście jest na kogo popatrzeć. Tylko że dziewczyny są czasami tak dziwną konstrukcją, że zdarza im się nie patrzeć na to, co się dzieje na scenie, ale na ciuchy innych lasek. I później męcz się człowieku z wyrzutami "na co ty mnie w ogóle zabrałeś".

G jak Gdynia - bardzo przyjemne miejsce na festiwal, zwłaszcza w towarzystwie plaży i słońca. Dosłownie wszyscy miejscowi wiedzą, jakie wydarzenie się u nich odbywa, są niezwykle uczynni w pomocy zagubionym przybyszom i zastanawiają się, czy i jak długo Open'er się u nich utrzyma. "Panie, tu za rok lotnisko cywilne stawiają i nikt muzyki już tam nie będzie mógł sobie grać". Miasto również zdało egzamin i tylko ostatni matoł nie dojechałby na teren HOF-a. Banery i billboardy informujące o festiwalu znajdowały się chyba na każdym trójmiejskim zakręcie.

H jak Hurts - znając jedynie niemiłosiernie katowany "Wonderful Life" nie spodziewaliśmy się niczego wielkiego, ale okazało się, że kapela żywcem wyjęta z lat 80. ma w Polsce całkiem sporo oddanych fanów. Co prawda nawet faceci noszący trumnę na pogrzebach mają weselsze miny niż Hurts, ale zmieszanie opery z new wave powodowało, że ich koncert oglądało się bez większego bólu zębów. Warto zwrócić uwagę na wokalistę wyglądającego jak młodszy brat Mike'a Pattona  - na pewno zostałby oceniony wysoko przez Elę Zapendowską!

I jak indie rock - jest w coraz gorszej formie. Kapele przeważnie z Wielkiej Brytanii i przedrostkiem "the" w nazwie po 5-10 latach coraz trudniej jest rozróżnić, nie mówiąc już o rozróżnianiu ich poszczególnych utworów. Niektórych ten brak jakiegokolwiek stylu jeszcze jara, ale i oni za kilka lat będą się zastanawiać, co w tym właściwie jest fajnego. Patrz nuda i nastolatki.

J jak jedzenie - wręcz przeciwnie, coraz lepsze. Gastro na Open'erze stoi chyba na najwyższym poziomie wśród wszystkich polskich festiwali. Urozmaicone i przede wszystkim dobre menu zadowoli i mięsożerców, i glonojadów. Ze swojej strony możemy polecić na przyszłość naprawdę kozackie placki ziemniaczane.

K jak Książę - NIEŚMIERTELNY

L jak lans - na szczęście nie był tak obecny jak w poprzednich latach. Powód bardzo prozaiczny - lipna pogoda wymagała raczej włożenia płaszczów przeciwdeszczowych czy kaloszy niż fikuśnych majtasków. I bardzo dobrze - na widok setnego "faceta" z grzywką, w kolorowych oprawkach okularów, szalikiem w pepitkę i płócienną torbą na ramię chyba byśmy się zbełtali.

M jak Martin Chris - wraz z Coldplayem dał nadspodziewanie dobry koncert, w czym główna zasługa stoi właśnie po stronie Martina. Po energetycznym początku w środku mieliśmy standardowe nudziarstwo, a na bisy dostaliśmy zestaw złotych przebojów. Większość czwartkowych pikników przyszła jednak wyłącznie na nich, ale Coldplay raczej spełnił swoje zadanie - w końcu za coś musiał dostać tyle kasy. Wystarczająco dużo, żeby pan Paltrow oderwał się od gitary czy pianina i polatał po scenie robiąc samolociki jak Jerzy Podbrożny po strzelonej bramce.

N jak nuda - nieodłączny element festiwalowy, kiedy oglądając koncert jakiegoś wykonawcy, dochodzimy do wniosku, że tak właściwie to tu się nic dzieje. Spoglądamy na zegarek, nerwowo przeglądamy program imprezy w nadziei, że może akurat gra coś bardziej interesującego (choć dobrze wiemy, że nie gra), dajemy zespołowi jeszcze jedną szansę "ok, jeszcze 10 minut, dwa utwory, potem idziemy", w międzyczasie nie dzieje się nic i w końcu rzeczywiście idziemy. Dotyczy przede wszystkim zespołów The National, The Strokes i The Wombats. Pierwsi są jacyś tacy niewyspani i mało wyraziści, drudzy grają ten sam utwór od początku kariery, a trzeci są po prostu przerażająco ciency. Chociaż oczywiście wszyscy mogą liczyć na nastolatki, które zakręcą bączka przy każdym odrobinę bardziej dynamicznym utworze.

O jak organizacja - naprawdę na coraz wyższym poziomie. Mając w pamięci, jak wygląda to na polskich stadionach, liczyliśmy się w myślach z długim czekaniem na bramkach, a tu okazało się, że nie było żadnych obsuw! Obsługa sympatyczna i profesjonalna - nie spotkaliśmy się z nikim, kto uważał się za ura-bura-szefa-podwóra tylko dlatego, że nosi żółtą kurteczkę. Na przyszłość warto jednak pomyśleć o tym, żeby opaski można było wymieniać w obydwu wejściach na festiwal. Pechowcy uniknęliby wtedy drałowania liczonego w kilometrach.

P jak Purple Rain
- bez watpienia wykonanie numer 1 Open'era 2011, a może i nawet w całej historii tego festiwalu, ale nie jesteśmy do końca obiektywni. Słuchanie tego utworu Prince'a to tajemnica Misterium Paschalnego, to obcowanie z pięknem w najczystszej postaci. To utwór, który po jednym przesłuchaniu wymusza co najmniej 10 kolejnych repeatów. Tak samo było w Gdyni. Kapitalne, kilkunastominutowe wykonanie wraz z tłumem (dobrze że ludzie znali słowa chociaż do tej piosenki), które mogło trwać w nieskończoność. I łzy, bo żaden facet nie boi się wzruszeń przy "Purple Rain".

R jak rap - oj, brakowało dobrego czarnego brzmienia podczas tegorocznej edycji. Za gwiazdę miał robić Big Boi, ale kuriozalnie się spóźnił na swój koncert i po godzinie czekania w przenikliwym zimnie postanowiliśmy zmyć się do domu. Dobrze, że przynajmniej laptop mu się spalił po podłączeniu do polskiego gniazdka. Ma za swoje!

S jak Spięty - jeden z najbardziej przytulnych i zarazem najbardziej gorących koncertów Open'era. Z racji tego, że muzyka wokalisty Lao Che raczej nie jest wpasowana w konwencję festiwalu, nie oczekiwaliśmy zbyt wielu ludzi na jego występie. A tu szok i show! Antyszantowy niemalże recital Spiętka (grał sam na wszystkich instrumentach) zgromadził wielu ultrasów (przeważnie panów z długimi włosami i brodami) i w rezultacie łatwo było skumać, na czym polega jego fenomen. Słowo-klucz: charyzma.

T jak Tent Stage - tradycyjnie już miejsce najbardziej klimatycznych i zaskakujących występów. W tym roku namiot eksplodował przy setach Caribou, Cut Copy oraz Crystal Fighters, mimo że w dużej mierze pojawiała się tam przypadkowa publiczność napędzana nieeksluzywną pogodą. Sami uniknęliśmy w nim losu polarnika, a po usłyszeniu "Hearts on Fire" byliśmy już nawet w stanie poruszyć szyją.

U jak ulewa - zdominowała drugi dzień festiwalu i zmieniła udział w Open'erze w obóz przetrwania. Wiatr zostawiający blizny na twarzy i deszcz robiący z ubrań mokre szmaty nie jest najlepszym towarzyszem koncertowych doznań, ale nawet to nie było w stanie przeszkodzić w znakomitym występie Pulp. Za to przy słabszych wykonawcach stanowiła już ona poważną trudność, czyli wychodzi prosta zależność: dobry zespół + deszcz = jeszcze lepszy koncert i słaby zespół + deszcz = totalna kaszana.

V jak Vavamuffin - są tutaj tylko dlatego, bo nie znaleźliśmy nic innego na literę V.

W jak World Stage - to z kolei miejsce najciekawsze dla spragnionych nieznanych, etnicznych dźwięków. Dorobek wykonawców na tej scenie przeważnie nie jest znany widzom Open'era i muszą oni dać z siebie wszystko, żeby zdobyć ich przychylność. Klezmerskiemu Abraham Inc. się udało, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że w tym roku scena światowa była zdecydowanie uboższa od tych z poprzednich lat.

Y jak Youssou N'Dour - jeden z najbardziej znanych artystów sceny world został wciśnięty gdzieś na boczną scenę i śpiewał dla kilkudziesięciu osób przy trzaskającym zimnie. Smutny obrazek, patrząc na historię Afryki próbującą rozgrzać przede wszystkim siebie i ludzi, którzy w większości nie ogarniali jego twórczości.

Z jak Ziółkowski Mikołaj - zapowiedział Coldplay, naraził się na jęki publiczności po ogłoszeniu końca koncertu Prince'a, ale największą nagrodą musiały dla niego być brawa po pokazie okolicznościowego filmu z okazji 10 lat festiwalu. Co wymyśli w przyszłym roku? Ludzie we wsi mówią, że podobno dotychczasowy format imprezy się wyczerpał i czas na zmiany, m.in. poprzez promocję również polskich wykonawców. Jakkolwiek nie będzie, trzymamy kciuki i czekamy na Open'er 2012!

Jerzy Ślusarski
(jerzy.slusarski@dlastudenta.pl)

fot. T.Kamiński/Alter Art, A.Rawicz

Słowa kluczowe: heineken opener festival 2011 gdynia relacja alfabet prince coldplay pulp primus national strokes
Artyści
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
Zobacz także
Opener 2020
Tydzień z Open'erem - retransmisja koncertów on-line

Zobaczymy między innymi występy open'erowych headlinerów.

The Cure
The Cure headlinerem na Open'erze 2020

The Cure to jeden z najbardziej kultowych zespołów na świecie.

Kendrick Lamar
Kendrick Lamar zagra na Open'er Festival 2020

Bardzo wpływowa postać w świecie hip-hopu przyjedzie do Polski.

Polecamy
Współczesna klasyka na Open'erze
Współczesna klasyka na Open'erze

Takie ogłoszenia nie zdarzają się często! W czasie tegorocznego Open’era publiczność wysłucha kompozycji ze wspólnego albumu Krzysztofa Pendereckiego i Jonny’ego Greenwooda z Radiohead.

Znamy projektantów Fashion Stage na HOF 2012!
Znamy projektantów Fashion Stage na HOF 2012!

W tym roku, Fashion Stage powraca pod odświeżoną nazwą i w jak zawsze znakomitym składzie.

Zobacz również
Ostatnio dodane
Opener 2020
Tydzień z Open'erem - retransmisja koncertów on-line

Zobaczymy między innymi występy open'erowych headlinerów.

The Cure
The Cure headlinerem na Open'erze 2020

The Cure to jeden z najbardziej kultowych zespołów na świecie.

Konkurs Ziaja