Recenzje - Muzyka

Bow down bitches, Queen is back?

2014-01-04 17:16:00

Kult Beyoncé trwa. Od kilku lat z nieukrywanym zaciekawieniem można zaobserwować, jak dziewczyny z całego świata znalazły w miss Knowles-Carter kobietę perfekcyjną i wywindowały ją do miana zjawiska nie tyle popkulturowego, ale czysto socjologicznego fenomenu. Beyoncé jest doskonałą, niedostępną damą o nieskazitelnym wizerunku, którą pokochały miliony kobiet, w tym twoja panna, siostra, koleżanka, a pewnie i mama (jeżeli oczywiście interesuje się muzyką). Dla wielu facetów jest to niezrozumiałe, jak istoty, które rywalizację miedzy sobą mają we krwi, a do sformułowania opinii "ta pinda/szmata/wywłoka" wystarczy im nierzadko jedno wartościujące spojrzenie na inną laskę, patrząc na Beyoncé niwelują swój poziom zawiści do zera i bez wyjątku zatracają się w uwielbieniu do jej piosenek i wygibasów.

To właśnie wizyty na kilku melanżach, gdzie dziewczyny bez zająknienia masowo rzucały fragmentami jej tekstów ("Bow down bitches!", "I'm flawless") oraz na koncercie na warszawskim Stadionie Narodowym (najładniejsze na świecie fanki, unosząca się w powietrzu zmysłowość, a jedyni spoceni kolesie, którzy są w pobliżu to ochroniarze) potrafią uświadomić, że w przypadku Beyoncé nie można już używać zwrotu "królowa r&b", bo ona jako postać wyrosła poza muzykę - to ikona kobiecości. To chodzący ideał - jedna z najciężej pracujących osób w całym showbusinessie, matka na cały etat, w dodatku regularnie koncertująca oraz bohaterka szeroko komentowanego filmu dokumentalnego "Life Is But A Dream" i różnorakich kampanii reklamowych, która mimo to stara się przekazać, że mimo ogromnego sukcesu nie przestała być zwykłą dziewczyną (zapewnienie tego dostajemy już w pierwszych sekundach nowego albumu). W warunkach nieustannego medialnego zainteresowania jej osobą opublikowanie nowego krążka należy traktować jako jeden z cudów XXI wieku. Płyta i nakręcone do niej 17 teledysków nie miały żadnego leaku w Internecie, a żadna z zaangażowanych w jej tworzenie multum osób się nie wygadała. Niesamowite! W momencie, kiedy cały świat tworzył już listy podsumowujące kończący się rok, Beyoncé bez zapowiedzi, radiowych singli, marketingu i wizualizacji na budynkach całego świata i właściwie od niechcenia pokazała, co tam nawywijała w studio w przerwie trasy koncertowej (ale serio, kiedy ona to nagrała?)

Najważniejszym wnioskiem, jakim podzieliła się z nami Knowles jest ten, że ideały są już przereklamowane. Do tej pory Beyoncé musiała być bezbłędnym połączeniem damy i madonny, której nawet nie wolno było zbliżyć się do roli dziwki. Szczerość bijąca z "Beyoncé" ma zaś zburzyć starannie pielęgnowany przez wiele lat życiorys współczesnej baśni i odsłonić Bey jako zawziętą, nie tak doskonałą, ale przynajmniej prawdziwą kobietę z krwi i kości ze wszystkimi jej wadami i zaletami. "I'm tired of being sexy" - Beyoncé mówiła tak już w 2003 roku, ale dopiero teraz postanowiła wcielić te słowa w życie, chociaż nie da się ukryć, że przekonanie słuchacza do bycia torturowanym sławą może wzbudzić lekki uśmieszek. Tekstowo jest odważniej niż kiedykolwiek - bywa wyuzdanie, sprośnie, ale przede wszystkim jest sensualnie - wszystko jest jednak zamknięte w ryzach monogamii i tradycyjnego małżeństwa. "Let me sit this ass on you"? - ok, ale tylko z własnym mężem! Odwagi nie zabrakło również w kwestii muzycznej - Beyoncé nie zakisiła się w oparach własnej zajebistości i nie wyszła z założenia, że wystarczy jej nagranie byle czego, a zakochany w jej seksapilu świat i tak to kupi. Problem w tym, czy odwaga ta poszła we właściwym kierunku.

"Beyoncé" jest bez wątpienia albumem spójnym, w pełni świadomym artystycznie i bez większych słabych punktów, ale też i bez zdecydowanie wyróżniających się na tle reszty diamentów, które momentalnie zwracają uwagę swoją świeżością jak chociażby "I Care" (to natężenie emocji!) czy "Countdown" (pomysł na aranż!) na wydanym dwa i pół roku temu "4". A pamiętajmy, że Beyoncé za tamtą płytę została zjechana za nierówny poziom, wypełnienie jej kilkoma niemrawymi balladami a la "Muzyczna Siesta" dla zblazowanych czterdziestolatków z kieliszkiem wygazowanego szampana w ręce i odejście od porywającego swoją przebojowością popu (mimo, że takie "Love On Top" i "End Of Time" to kozaki, które jeszcze długo się nie zestarzeją). Dziś wiadomo już, że część zarzutów można skierować w kierunku Beyoncé ponownie, tyle że jesteśmy teraz bogatsi o tę wiedzę, że miss Carter nie zamierza wcale zbawiać popu i na "Beyoncé" wolała zrezygnować z singlowych punchy i pobawić się wyznaczaniem trendów współczesnego electro-r&b. Dla wielu okazało się to ogromnym zawodem, bo od kogo innego mamy prawa oczekiwać klubowych, zarażających energią bangerów, a nie pościelowej zamuły, która może służyć jako utwór do wykonania w kwalifikacjach X-Factor lub "wolny" do przytulania na szkolnych dyskotekach? Nic nie poradzimy na to, że to właśnie tanecznością i po prostu fantastyczną słuchalnością swoich największych hitów Bey wywindowała oczekiwania co do swoich nagrań na poziom nieosiągalny dla innych lasek z topu światowej muzyki. Michaela Jacksona też przecież kochamy za rozpierdol, jaki sieją "Smooth Criminal" i "Billie Jean", a nie emocjonalne rozdarcie "They Don't Care About Us" czy "Earth Song".

"I co z tego, i tak jest boska" - usłyszę w odpowiedzi od dziewczyn, które będą miały swoją rację, ale fakt jest taki, że ta bezdyskusyjnie rewelacyjna technicznie wokalistka, jaką jest Beyoncé od kilku lat konsekwentnie marnuje swoją szansę, żeby machnąć płytę, która z aksjomatu postawiłaby ją wśród popowych gigantów naszych czasów. Co prawda już od dawna nie kreują oni ogólnego kierunku rozwoju muzyki, ale zwróćmy uwagę, jakich współpracowników miała Beyoncé przy tworzeniu tego albumu. Pharrell Williams, Justin Timberlake, Timbaland, Frank Ocean, Drake plus oczywiście Jay-Z i taka pierwszoligowa ekipa jest jeszcze w stanie wzbudzić uczucie niedosytu? Jednak tak, bo najbardziej rękę na pulsie trzyma odrodzony Pharrell, którego wielu już zdążyło skreślić, a w 2013 roku typ był takim kotletem, że maczał łapy w kilku przebojach roku i jeszcze od niechcenia napisał Bey najlepszy kawałek na całej płycie, czyli "Blow". Nienarzucający się funkowy retro-podkład przypominający dokonania Prince'a wychodzi z pozycji hołdu dla mistrza gatunku, by po chwili stać się pulsującym i intrygującym nową jakością kocurem. Świetne wrażenie robi również lodowate, na maksa erotyczne i zaskakujące nietypowymi elektronicznymi rozwiązaniami "Haunted". "XO" to już teraz kandydat na jeden z hymnów stadionowego popu domagającego się chóralnych refrenów, fajerwerków i balonów wzbijających się w powietrze, przy którym kolesie będą się oświadczać swoim dziewczynom. Numer idzie jednak trochę na łatwiznę, bo powtarza cukierkowe wzruszenia znane chociażby z "Halo" w przeciwieństwie choćby do "Pretty Hurts", który byłby klasyczną balladą Beyoncé z jajem, gdyby nie tekst, w którym jedna z najbardziej boskich dupeczek w całym showbusinessie śpiewa, że piękno nie jest ważne i to "dusza potrzebuje chirurga". Dla białego kolesia z Polski brzmi to odrobinę dziwacznie, jeśli nie nieszczerze. I niestety, im dalej w album, tym bardziej pozytywne odczucia ze słuchania brzmiącego niemal jak utwór The Knife "No Angel", eklektycznego i morderczo seksownego "Partition" czy przyjemnie rozwlekającego się "Rocket" stopniowo przegrywają z przyciskiem skip, który pod koniec płyty niemal ciągle znajduje się w użyciu. Gdyby "Beyoncé" kończyło się na wykrzyczanym feministycznym manifeście "Flawless", zostawiałoby słuchacza w niezłym mindfucku, jak właściwie należy traktować to, co usłyszało się na sam koniec - credo, prowokacja, protest? Niestety finisz jest leniwy jak niedzielne popołudnie na ostrym kacu - niespełniające oczekiwań duety i ckliwe melodramaty z hiperpoważnymi historiami w tle (poronienie, narodziny dziecka, macierzyństwo) wyszły jak zwykłe, niegodne większego zakręcania się wypełniacze, a wszyscy przecież wiemy, że na bardzo dobrej płycie nie może być wypełniaczy?

Po usunięciu z "Beyoncé" kontekstu popkulturowego okazuje się, że mamy do czynienia z albumem bardzo przyzwoitym, ale w żadnym (ale to w naprawdę żadnym) wypadku świetnym, a entuzjazm recenzentów coraz bardziej można zrzucić na karby totalnie niespodziewanego wydania tej płyty, która siłą rzeczy nie niosła ze sobą żadnych oczekiwań i nie można było jej ująć w nawias rozczarowania. Bogini wypuściła płytę do neta, cieszmy się i słuchajmy, zamiast wytykać jej, że czegoś nie zrobiła, a coś wyszło jej tak, a powinno inaczej! Stąd właśnie znak zapytania w tytule recenzji - co niemal niemożliwe (i sam się zastanawiam, czy nie walę wielkiej głupoty pisząc te słowa) zbiorowa podjarka zdominowała póki co recepcję wartości artystycznej całego krążka - im dłużej bowiem słucha się "Beyoncé", tym coraz częściej odnosi się graniczące z pewnością wrażenie, że najlepszy album Beyoncé jest jeszcze przed nią albo, co zabrzmi o wiele bardziej pesymistycznie, jest ona niestety robotem, który nie ma w sobie na tyle szaleństwa pozwalającego jej nagrać płytę wybitną. Kanye West zwariował i jego muzyce wyszło to na dobre, a nowej Bey może grozić to, co ostatnim krążkom Justina Timberlake'a - z początku okrzyknięto je arcydziełami, a ludzie dopiero po czasie zorientowali się, że są po prostu nudne.

Jerzy Ślusarski
(jerzy.slusarski@dlastudenta.pl)

Oceny (w skali 2.0 - 5.0):
Jerzy Ślusarski: 4.0

Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, koniecznie Polubcie nasz profil na FB!

Słowa kluczowe: beyonce beyonce recenzja nowa płyta beyonce xo drunk in love blow flawless haunted beyonce knowles
Artyści
Komentarze
Redakcja dlaStudenta.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwie lub naruszające zasady współżycia społecznego.
  • .... [0]
    agata
    2014-01-06 03:43:13
    "Niestety finisz jest leniwy jak niedzielne popołudnie na ostrym kacu - niespełniające oczekiwań duety, ckliwe melodramaty z hiperpoważnymi historiami w tle (poronienie, narodziny dziecka)" Widać, że to pisał facet. Błagam, jak można pisać tak ironicznie o tak ważnych tematach. To, że nie rozumiesz "Heaven", czy "Blue", nie znaczy, że to są wypełniacze. Kobiety je rozumieją, nawet jeśli są "ckliwe".
Zobacz także
Romantic Psycho - recenzja płyty Quebonafide

Rapowana poezja. Co tym razem skrywa w sobie nowa płyta?

POCZTÓWKA Z WWA, LATO '19 - recenzja płyty

Leci nowy Taco - poznajcie naszą opinie!

Rammstein - Rammstein [Recenzja albumu]

Oceniamy najnowsze wydawnictwo kontrowersyjnego, niemieckiego zespołu.

Polecamy
Lepsze Żbiki i najlepszy Ten Typ Mes
Lepsze Żbiki i najlepszy Ten Typ Mes

Zaproszenie tak dużej liczby gości to miły gest w ich stronę, jednak zdecydowanie najlepsze momenty albumu to te, w których nawija sam Mes.

Umarł Król, niech żyje Król
Umarł Król, niech żyje Król

Michael, dobrze Cię znowu usłyszeć.

Zobacz również
Ostatnio dodane
Romantic Psycho - recenzja płyty Quebonafide

Rapowana poezja. Co tym razem skrywa w sobie nowa płyta?

POCZTÓWKA Z WWA, LATO '19 - recenzja płyty

Leci nowy Taco - poznajcie naszą opinie!