Przy okazji kolejnych występów króla kanibala w naszym kraju warto bliżej przyjrzeć się jego debiutowi. A debiut jest to nie byle jaki.King Cannibal po serii epek postanowił w końcu wydać pełnometrażowy album. Na krążku Let the Night Roar znalazło się, obok nowych kompozycji, kilka utworów znanych ze wspominanych małych płyt. Mimo pozornej powtarzalności, płyta nie razi, ponieważ jest bardzo drobiazgowo zaplanowaną całością.
Motywem przewodnim jest przemoc. Przemoc, która przejawia się w zamieszczonych samplach z filmów, w miażdżącym basie, tytułach utworów (np. Murder Us) czy po prostu w mrocznej atmosferze wypełniającej płytę. Dylan Richards w pierwszej wydanej pod nowym pseudonimem produkcji sięga do bardzo dzisiaj modnego i dynamicznie rozwijającego się gatunku, jakim jest dubstep. Jednak jest to tylko punkt wyjścia do dalszych eksperymentów. Słychać inspiracje muzyką jamajską (Dirt), ale również klasycznym techno rodem z Detroit(Murder Us, So…Embrace the Minimum). Te wszystkie gatunki przetwarzane są jednak w taki sposób, że klasyfikacja gatunkowa albumu staje się trudna. Chyba, że klasyfikować go jako „styl króla kanibala”, co wydaje się najlepszym rozwiązaniem.
Na płycie znalazło się również miejsce dla kilku gości. Możemy usłyszeć współpracującą z Modeselektorem Jahcoozi, związanego ze sceną ragga Daddy Freddy’ego czy Francuzkę Face-A-Face. Jednak głównym bohaterem jest oczywiście King Cannibal, który zabiera nas w godzinną podróż do jądra ciemności. Zaczynając bardzo mocno(Aragami Style) stopniowo oprowadza po swoim mrocznym świecie, po to aby zniszczyć nas doszczętnie(Colder Still, A Shining Force, The Untitled). Nadzieja wprawdzie na chwilę się pojawia(Onward Vultures) ale w obliczu końca(Flowers of Flesh and Blood) okazuje się tylko nic nieznaczącą iluzją.
Jeśli istnieją płyty dla ludzi o mocnych nerwach to Let the Night Roar idealnie wpasowuje się w taką kategorię.
Na żywo króla kanibala zobaczyć będzie można we Wrocławiu i w Bytomiu 13 i 14 listopada.
Krzysztof Sokalla
(krzysztof.sokalla@dlastudenta.pl)
Motywem przewodnim jest przemoc. Przemoc, która przejawia się w zamieszczonych samplach z filmów, w miażdżącym basie, tytułach utworów (np. Murder Us) czy po prostu w mrocznej atmosferze wypełniającej płytę. Dylan Richards w pierwszej wydanej pod nowym pseudonimem produkcji sięga do bardzo dzisiaj modnego i dynamicznie rozwijającego się gatunku, jakim jest dubstep. Jednak jest to tylko punkt wyjścia do dalszych eksperymentów. Słychać inspiracje muzyką jamajską (Dirt), ale również klasycznym techno rodem z Detroit(Murder Us, So…Embrace the Minimum). Te wszystkie gatunki przetwarzane są jednak w taki sposób, że klasyfikacja gatunkowa albumu staje się trudna. Chyba, że klasyfikować go jako „styl króla kanibala”, co wydaje się najlepszym rozwiązaniem.
Na płycie znalazło się również miejsce dla kilku gości. Możemy usłyszeć współpracującą z Modeselektorem Jahcoozi, związanego ze sceną ragga Daddy Freddy’ego czy Francuzkę Face-A-Face. Jednak głównym bohaterem jest oczywiście King Cannibal, który zabiera nas w godzinną podróż do jądra ciemności. Zaczynając bardzo mocno(Aragami Style) stopniowo oprowadza po swoim mrocznym świecie, po to aby zniszczyć nas doszczętnie(Colder Still, A Shining Force, The Untitled). Nadzieja wprawdzie na chwilę się pojawia(Onward Vultures) ale w obliczu końca(Flowers of Flesh and Blood) okazuje się tylko nic nieznaczącą iluzją.
Jeśli istnieją płyty dla ludzi o mocnych nerwach to Let the Night Roar idealnie wpasowuje się w taką kategorię.
Na żywo króla kanibala zobaczyć będzie można we Wrocławiu i w Bytomiu 13 i 14 listopada.
Krzysztof Sokalla
(krzysztof.sokalla@dlastudenta.pl)

















